…z bieganiem mi do twarzy

Kiedy ludzie pytają się mnie, po co biegam po górach. Odpowiadam im, że sama do końca nie wiem.
Ale dziś się troszkę głębiej nad tym zastanowiłam… I już wiem, że to góry wyzwalają we mnie tą energię, którą daję na co dzień swoim klientom. Podczas takiego biegania uczę się większej pokory do samej siebie i właśnie wtedy uświadamiam sobie, że potrafię dużo więcej niż mi się wydawało. No i oczywiście dzięki bieganiu po górach stałam się bardziej świadoma swojej biomechaniki oraz poznałam słabe punkty w swoim ciele.
Musicie wiedzieć, że góry dają inny wymiar biegania, satysfakcji i radości. W górach nie ma owacji na stojąco i kibiców co 500 m. W górach jest zapach lasu, od czasu do czasu minie cię jakiś maratończyk (nadczłowiek- tak ich jeszcze nazywam). Góry przywitają Cię szumem strumienia i dzikimi zwierzętami, które często spotykam na górskich ścieżkach. W górach biegnąc jestem w 100% zdana na siebie i swoje umiejętności. Właśnie dlatego kocham biegać po górach.

I choć jeszcze nie biegam na czas, bo za cienka jestem, to sobotni bieg dał mi tyle radości, że wczoraj jak wróciłam do domu popłakałam się ze szczęścia. Bo właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że przebiegłam 29 km w Beskidzie Żywieckim. Pierwszy taki dystans w górach. I wiecie co ? Siedząc i pisząc o tym czuje lekki niedosyt. :)W sobotę miałam do pokonania wymagającą trasę, która momentami biegła przez środek lasu – typowe, radosne enduro. Długie podejście już na samym początku dało mi się we znaki, bo mój żołądek po 20 minutach zaczął ostro protestować, że on wolał zostać w łóżku i albo zwolnię, albo nie pobiegnę. No to zwolniłam i już dalej dogadywałam się z moimi bebechami 🙂

Pierwsze 3 godziny biegłam popijając tylko mój izotonik (muszynianka, sól himalajska, cytryna, miód) i czułam się świetnie. Byłam też spokojna, bo dieta, którą sobie ułożyłam jak na razie się sprawdza. Dopiero w Rysiance zjadłam pół żelu, uzupełniłam wodę i pobiegłam w dół do Sopotni. Na 21 km byłam już głodna, paliły mnie podeszwy stóp, przeszkadzał stanik, plecak i wszystko wokół – to był znak, że jestem już zmęczona… A przede mną jeszcze 8 km. Na widok punktu żywieniowego rzuciłam się na owoce i izotonik. Zjadłam drugą połówkę żelu energetycznego. Chwilę odpoczęłam. I poleciałam dalej, dla odmiany pod górę. I właśnie wtedy zobaczyłam, że pomysłowość organizatorów  jeśli chodzi o trudność trasy, będzie mnie zaskakiwać do samego końca.

Przed ostatnim zbiegiem zjadłam szybko jakiegoś batonika proteinowego z milionem dodatków E i cukrem, żeby na sam koniec mieć moc w nogach. Wtedy to nie liczyło się czy jest coś eko, bio – wtedy potrzebowałam szybkiej energii w mięśnie. Na ostatnich 3 km zbiegu moje stopy powiedziały mi, że mam dwa dość dorodne odciski, bo właśnie je zaczęłam czuć. Ale najciekawsze było 1,5 km przed metą, kiedy jeden z tych odcisków pękł. Ponieważ zbieg w dół był, by tak delikatnie rzec cholernie stromy!!! A, że moje buty mają naprawdę dobrą przyczepność, więc stopę spokojnie mogłam stawiać prosto.
Ból był dość zauważalny i nie przytoczę słów, które wtedy wykrzyczałam. Ale do szybszego zbiegania zmotywował mnie chłopak, który mnie wyprzedził.
Stwierdziłam wtedy, że dam radę bo to końcówka. No i dałam. Na ostatnich 200 metrach zaczęłam się ścigać jeszcze z jakimś maratończykiem, bo usłyszałam, że ktoś mnie goni. A zatem wbiegłam na metę z impetem i ogromnym uśmiechem.
Wiem jedno na takie biegi nie trafiają przypadkowi biegacze…
Było cudownie. Chce jeszcze.
Co do diety: na dystansie 29 km w górach wystarczył mi 1 żel energetyczny (55g), 1 mały batonik proteinowy(35g) + 1 banan + 1/2 pomarańczy + 1 l. izotoniku + 2 litry wody. I była moc w nogach, uśmiech na twarzy, chęć walki do samego końca i radość, że zmieściłam się w limicie czasu 😉

 

 

 


Powrót

Dodaj komentarz